10717938_986563841359003_1613948860_nWielu z nas widzi cierpienie innych ludzi, ale brakuje nam niekiedy chęci lub czujemy się bezradni by zmienić taki stan rzeczy. Bezdomność, głód, dyskryminacje, wojny, kataklizmy są na porządku dziennym. Pośrednio ocieramy się o nie każdego dnia. Słyszymy o tym w mediach, obserwujemy w życiu codziennym, mając wewnętrzne przekonanie że nie mamy na to wpływu. Obraz krzywd ludzkich stał się dla nas na tyle normalny że często nie wzbudza w nas już żadnych odczuć. I tak mijamy ludzi którzy żebrzą, nie zatrzymując się przy nich ani na chwilę, widzimy bezdomnych ale nie zauważamy. Staliśmy się oziębli, w końcu wszystkim nie da się pomóc i tak też nie pomagamy nikomu. Niestety tak wyglądają realia obecnych czasów. Na szczęście są wśród nas tacy którym nie jest obojętny los innych – obcych ludzi i tylko tacy mogą zmienić nasz świat na lepsze ku wspólnemu dobru.

Ella Vine – Polka mieszkająca na Wyspach Brytyjskich, wolontariuszka, założycielka fundacji ’’Help for Poles in UK’’ – pomagająca Polakom w Anglii, wielokrotnie nagradzana za swoją szlachetną działalność. Jej upór i wytrwałość sprawiają, że niemożliwe staje się możliwym.

 

Skąd zrodził się pomysł na wyjazd do Anglii?

Po ukończeniu Politologii i Służb Socjalnych w Legnicy, w wieku 22 lat, od razu po studiach wyjechałam do Wielkiej Brytanii, do miasteczka Chippenham w Wiltshire. Tam też chciałam kontynuować studia w obszarze stosunków międzynarodowych i podszkolić język. I tu się zakochałam: najpierw w moim przyszłym mężu – Angliku, potem w kraju. Tu stworzyłam rodzinę i swój dom.

Jak z początku wyglądało Pani życie w Wielkiej Brytanii?

Było ciężko. Przyjechałam tu sama, ale miałam pracę załatwioną jeszcze w Polsce, pod koniec studiów. W domu opieki dla ludzi z upośledzeniem umysłowym i problemami zdrowia psychicznego. Nie była to łatwa praca, po 12 godzin na dobę, ciężka fizycznie, za minimalne wynagrodzenie. Pracowali tam prawie sami migranci. Na początku bardzo doskwierała mi samotność, nikogo nie znałam, angielski był na średnim poziomie. Tak pracowałam przez 10 miesięcy. Było ciężko, ale w międzyczasie poznałam swojego przyszłego męża, poznałam więcej ludzi, zrobiło się normalnie. Potem szybko stworzyłam tu swój dom, rodzinę, poszłam na studia tak jak planowałam, szybko wspięłam się po drabinie kariery, zostałam profesjonalnym fundraiserem, po trzech latach pracy w trzecim sektorze (charytatywnym) zostałam dyrektorem naczelnym krajowej organizacji pomagającej przewlekle chorym ludziom z fibromialgią, FibroAction. Pozakładałam i przewodniczyłam różnym organizacjom charytatywnym i kampaniom, zapisałam się do partii pracy i już od pierwszego dnia byłam aktywną działaczką, wpłynęłam na partyjną ustawę o dopłatach do przedszkoli dla dzieci z rodzin pracujących, stanęłam w wyborach lokalnych. Było tego bardzo dużo, jestem w ciągłym ruchu (śmiech). A mieszkam tu 7 lat i nigdy nie ustaję.

Jak się zaczął fundraising i jak ewoluował? Skąd zdobywa Pani fundusze?

Początki były bardzo trudne. Od pierwszego dnia przyjazdu do Anglii wiedziałam, że chcę pracować zawodowo w organizacji charytatywnej, ponieważ wszystko co robię musi mieć cel społeczny. Nie było łatwo przyjąć się do pracy, głównie z powodu mojego małego doświadczenia w tym sektorze. W Polsce byłam działaczką, załozycielką Studenckiego Koła Przyjaciół ONZ na mojej uczelni. Organizowałam wydarzenia i wykłady na temat praw człowieka i celów ONZ, kampanie na rzeczy praw uciskanych Tybetańczyków w Chinach itp, ale w Anglii to było bardzo małe doświadczenie. Tutaj trzeci sektor i społeczeństwo obywatelskie jest bardzo rozwinięte, większość ludzi ma za sobą wolontariat i zdobywanie funduszy chociażby poprzez udział w maratonach i innych eventach tego typu. Dlatego żeby zdobyć potrzebne doświadczenie odbyłam setki godzin wolontariatu. W różnych organizacjach i na różnych stanowiskach, byłam (i jestem) bardzo aktywna społecznie. Nieustannie działałam, stąd też szybko zostałam poproszona do wejścia w zarząd jednej organizacji, potem drugiej i tak reszta sama się potoczyła. Jeśli ktoś wkłada serce w swoją pracę, to zawsze są efekty. W międzyczasie dostałam pierwszą ofertę płatnej pracy dla organizacji charytywanej, która zapewnia transport dla ludzi niepełnosprawnych w Bristolu. Pracowałam, studiowałam, opiekowałam się niemowlakiem. Było niełatwo, ale ja się nigdy nie poddałam, bo wiedziałam jaki jest mój ostateczny cel: zrobić jak najwięcej dobrego. W fundraisingu odniosłam duży sukces: już w swojej pierwszej pracy uratowałam właśnie tę organizację od upadku lub być może zamknięcia. Udało mi się wpłynąć na council w Bristolu by nie zaprzestano fundowania jej, dzięki temu council przedłużył umowę z tą organizacją wartą 1 million. Napisałam też pierwszą w swoim życiu aplikację o fundusz, dzięki której organizacja otrzymała 350,000 funtów na zakup 6 nowych minibusów w pełni dostosowanych dla ludzi niepełnosprawnych. Moja pierwsza praca była dużym sukcesem, potem były kolejne. Na przykład pracując dla hospicjum w Greenwich i Bexley w Londynie zdobyłam grant o wartości prawie miliona funtów z Ministerstwa Zdrowia na dobudowę budynku. Był to też ogromny triumf. Mój wkład w trzeci sektor został doceniony i w roku 2013 zostałam wybrana jako jedna top 25 fundraiserów poniżej 35-tego roku życia w Wielkiej Brytanii przez Civil Society i Magazyn ‘Fundraising’.

Jest Pani doceniana, nagradzana, można o Pani usłyszeć w wielu mediach, prowadzi Pani fundację ’’Help for Poles in UK’’. Proszę o tym opowiedzieć.

Życie działacza nie jest wcale usłane różami, a raczej cierniami, które trzeba cały czas pokonywać, jeśli chce się widzieć rezultaty swojej pracy. A ja chcę widzieć rezultaty, nauczyłam sie tego już od dziecka, odkąd zaczęłam trenować grę w szachy w wieku lat ośmiu. Nauczyłam się ciężko pracować mając na uwadze dany cel i teraz wciąż to właśnie robię. Moja praca w różnych organizacjach i prowadzenie wielu kampanii, często jednocześnie i w większości przypadków nieodpłatnie, kosztuje bardzo dużo wyrzeczeń, czasu, pieniędzy, sił. Pracuję cały czas, 7 dni w tygodniu, nawet we wakacje, które i tak uważam za stratę czasu. Można powiedzieć, że oddałam siebie dla pracy społecznej, że to się stało całym celem mojego życia. Nawet politykę widzę jako przedłużenie pracy społecznej. Jak mnie niedawno zatrudniał mój szef do nowej pracy w organizacji charytatywnej, to już podczas rozmowy kwalifikacyjnej powiedział, że on widzi, że to nie jest dla mnie tylko praca, że to jest moja misja, moje powołanie. I miał rację. Można powiedzieć, że jestem kobietą na misji. Jeśli w tym wszystkim są jakieś nagrody? To naprawdę nie odzwierciedla mojego życia. Wywiady? Praca z prasą jest dla mnie narzędziem, szczególnie w mojej walce o zaprzestanie nagonki i dyskryminacji migrantów w Wielkiej Brytanii.

Otrzymała Pani za swoją szlachetną działalność wiele nagród. Które z nich zajmują szczególne miejsce w Pani sercu?

Szczególne miejsce w moim sercu zajmuje nagroda otrzymana od Wicemarszałek Sejmu RP Wandy Nowickiej w 2013 r. za moją działalność na rzecz Polaków w UK. Dostałam taki ładny naszyjnik z bursztynem. Jestem z niego bardzo dumna i noszę go prawie codziennie. To jest taki mały symbol, który ilekroć spojrzę w lustro przypomina mi o mojej walce, moim zadaniu. Uprawiam masochizm nosząc go prawie cały czas, żeby przypominał mi jeszcze bardziej. Kolor bursztynu pasuje do moich rudych włosów i ludzie często komplementują ten naszyjnik, co czasami daje mi okazję do opowiedzenia co on znaczy, a czasami tylko odpowiem ’’dziękuję’’ i uśmiecham się na komplement, nosząc w sercu swoją małą tajemnicę. Ważna jest dla mnie również mała broszka-róża, którą dostałam w zeszłym roku jako finalistka konkursu ’’Kobieta Roku’’ w UK. Przypomina mi ona dokładnie to samo co naszyjnik. Można powiedzieć, że są to takie małe talizmany, które powodują, że jestem silniejsza. Od niedawna czasami dla odmiany noszę sznur białych pereł – ponoć Margaret Thatcher też nosiła (śmiech).

Wolontariat to wspaniała idea. Co najbardziej sprawia Pani satysfakcję?

Jak już mówiłam, jest to swojego rodzaju misja, cel życiowy, jaki sobie obrałam i nie cofnę się. Wszystko mi sprawia satysfakcję w wolontariacie, przebywanie z ludzmi, ich radość jeśli się im pomoże, walka z wyzyskiem i niesprawiedliwością społeczną… Dużo można tego wymieniać, ale przede wszystkim jedna główna rzecz mnie cieszy: osiąganie obranego sobie celu. I to jest tak naprawdę całe sedno. Jeśli ja sobie obiorę cel, że chcę aby dana organizacja osiągnęła to i tamto, to nie zaprzestanę, dopóki tego nie osiągnę. W międzyczasie – ja i organizacja możemy zrobić setki fantastycznych rzeczy: pomóc ludziom w potrzebie, sprawić że czyjeś życie zostanie uratowane, że komuś się zapali światełko i lampka nadziei… To wszystko są bardzo ważne rzeczy, ale ja chcę zawsze widzieć osiągnięcie celu końcowego. Osiąganie małych celów, małych kroków jest bardzo ważne abyśmy trwali w swoje pracy, czymkolwiek ona nie jest, i pokonywali przeszkody. To na pewno pomaga wytrwać. Ile razy ja zapłaczę, czy to ze smutku czy ze szczęścia, ze szczęścia czyjegoś. Ci ludzie są dla mnie bardzo ważni. Ich szczęście jest dla mnie bardzo istotne i głęboko to czuję. Jednak po 5 minutach takiej radości, gdy się komuś pomogło, zapala się kolejna lampka w mojej głowie, przypominająca, że jeszcze jest dużo do zrobienia i że trzeba powrócić do pracy. I tak do niej zawsze wracam (uśmiech).

Jakie kampanie są dla Pani szczególnie ważne?

Lubię osiągać duże zmiany społeczne, które poprawiają byt dużej grupie ludzi, nie tylko indywidualnie. Dlatego najbardziej interesują mnie kampanie mające na celu np. zmianę konkretnych ustaw, tworzenie prawa, lub tak jak w chwili obecnej, zaprzestania propagandy anty-imigracyjnej, ponieważ to dotyczy wszystkich mieszkańców tego kraju. Pewnie dlatego, jestem również zainteresowana tym co się dzieje na świecie i snuję różne pomysły, jak zapobiec przyszłym konfliktom zbrojnym. Ale o tym jeszcze za wcześnie mówić.

Kilka lat temu wielu Polaków wyjeżdżało do Anglii za lepszym życiem. Jak teraz ta sytuacja się przedstawia?

Dalej wyjeżdżają. Natomiast sytuacja w Wielkiej Brytanii się diametralnie zmieniła. Migranci z Europy zostali zrobieni wrogiem numer jeden, to za sprawą prawicowych mediów i ugrupowań politycznych. Zmieniono wiele ustaw, które mają za zadanie utrudnić nam życie tutaj w nadziei, że wyjedziemy lub nie przyjedziemy. Politycy nie słuchają mnie, że takie rozwiązania robią więcej szkód niż pożytku oraz nie przejmują się tym, że Polacy i polskie rodziny mogą przymierać głodem. Oni myślą, że zmuszenie kogoś do powrotu do kraju poprzez wprowadzenie go w stan skrajnego ubóstwa jest ok. Nie jest to ok. Jeśli chodzi o Polaków to jeśli ktoś tu pracuję, najlepiej na umowę stałą, a nie ’’śmieciową’’ i ma gdzie i za co mieszkać to wtedy dopiero powinno być ok.

Jakich przeszkód i problemów się nie spodziewamy planując emigrację. Na co trzeba uważać?

Trzeba mieć zapewnioną pracę, najlepiej na umowę stałą, a nie tymczasową agencyjną, bo może się okazać, że po tygodniu nie ma pracy. A wtedy państwo nie pomaga. Prawo jest tu inne odnośnie Polaków i Brytyjczyków. Aby ktoś kiedyś dostał pomoc państwową, jeśli znajdzie się w trudnej sytuacji musi zarabiać na ręke co najmniej 149 funtów tygodniowo. Dodatkowo trzeba mieć już wcześniej zapewnione mieszkanie i powinno być ono na umowę. Wynajmowanie bez umowy niestety często kończy się tym, ze człowiek jest z takiego miejsca wyrzucany i nie ma dachu nad głową. Język też powinno się znać, przynajmniej na podstawowym poziomie. Poza tym w każdym councilu są prowadzone darmowe kursy jezyka angielskiego, więc nie ma wymówki. Praca, mieszkanie i język to podstawa. Bez tego nie ma po co przyjeżdżać. Ale nawet mając to, tak jak w życiu bywa, noga się podwija, coś się dzieje i powstają dość poważne problemy. Dlatego właśnie pomagam.

Polacy w Anglii cieszą się niechlubną opinią. Z czego wynika taki stereotyp?

Nie wiem czy niechlubną, zdania są podzielone, dużo ludzi chwali Polaków za ciężką i sumienną pracę, i mają rację. Myślę, ze mówimy tu o ciężkich czasach jakie nastały teraz w Wielkiej Brytanii: budzi sie dopiero z największego kryzysu ekonomicznego z 2008 r., który jest najgorszym od czasów 30-tych ubiegłego stulecia. Wtedy również ruchy nacjonalistyczne i faszystowskie w Europie się odrodziły. Być może jest podobnie teraz. Europejczycy są bezpodstawnie teraz dyskryminowani w Wielkiej Brytanii, obarczani winą za rzeczy, których nie spowodowali. Stali się pożywką i kiełbasą wyborczą dla polityków i niektórych mediów. Takim kozłem ofiarnym i jest trudno z tym walczyć. Mam doniesienia od wielu osób, że przypadki jawnej dyskryminacji i przestępstw na tle rasowym w stosunku do Polaków i nie tylko znacznie się zwiększyły. Ja sama jestem bardzo częto atakowana na tle rasowym, praktycznie za każdym razem, jak brytyjskie media o mnie piszę, to jestem ’’Elą-Imigrantką’’, a dla komentujących jestem ’’tą kobieta z Polski’’, ’’imigratem ekonomicznym’’ itp. Tak jakbym nie miała imienia. Tego parę lat temu nie było. Ja winię polityków za to. I prosto w oczy im to mówię, tłumacząc, że takim zachowaniem tylko podkopują sami sobie dołki, że to tylko wzmacnia skrajnie nacjonalistyczne i rasistowskie ruchy. I że każde ich słowo wypowiedziane negatywnie na migrację z Europy, odwróci przeciwko nim. Zresztą już się odwróciło. Partie skrajnie prawicowe są zbyt wzmocnione i prawdopodobnie, wcześniej czy później, odbędzie się referendum o członkostwie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że brytyjscy politycy nie patrzą wiele lat w przód, tylko, jak sami mi przyznali, są zainteresowani najbliższymi wyborami i stąd ta nagonka na Polaków i inne narodowości z Europy.

Pani swoją działalnością osiągnęła duży sukces. Jaki jest na to przepis?

Praca, praca, praca. Ciężka praca. Nie ma innego sposobu. Są pewnie inne składniki, na przykład wiara w siebie. Ja w siebie wierzę i we wszystko co robię że to ma sens. Jako dziecko trenowałam by zostać mistrzynią szachową, kosztowało to mnie wiele wyrzeczeń, ale też właśnie to mnie ukształtowało. Pamiętam, jak miałam 10 lat i pierwszy raz w życiu brałam udział w mistrzostwach Polski juniorek w szachach. Jako małe niczego nieświadome dziecko, grałam bo grałam, bo lubiłam. Nie miałam żadnych planów, to mój ojciec mówił mi ciągle o zdobyciu mistrzostwa. W turnieju prowadziłam prawie caly czas i po 11-rundzie okazało się, że zdobyłam mistrzostwo. Pamiętam, że mnie to uderzyło jak obuchem. Stałam sama w pokoju i myślałam z niedowierzaniem: ’’jednak ojciec miał rację’’. Jako 10-letnie dziecko zrozumiałam, że niemożliwe rzeczy są możliwe do osiągnięcia. Trzeba tylko chcieć, a ja chcę. Pamiętam, jak niedawno rozmawiałam z posłem z partii konserwatywnej, a więc przeciwnej i powiedziałam mu, że trzeba zaprzestać tej nagonki na migrantów. On prywatnie był przychylny, powiedzial, że wie, ale że tego się nie da zrobić w obecnej sytuacji. Ja na niego spojrzałam i powiedziałam z pasją i przekonaniem, że: to jest możliwe, i że ja właśnie to chcę zrobić. Jego spojrzenie było pełne podziwu. Wiele razy widziałam już takie spojrzenia, ponieważ zaskakuję ludzi swoim uporem.

 
Rozmawiała 
Katarzyna Bińczyk

 

Zdjęcie: za zgodą Elli Vine

3 KOMENTARZE

  1. No nie jestem sam, ktory chce też pomoc….. nie nadawałbym sie na przywodce……….. ale cos bym zdziałał bo tak byc nie moze czasem mam dosc polaków ze własne zarozumiałoscia samolubnoscia niszcza innych. I zamiast szukac zycia wsprowadzaja patologiczne sceny alkoholowe narkotykowe oraz awantury…………://///////

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here