Andrzej Rygielski – polityk, fotograf, filmowiec, poeta. Człowiek wielu zawodów – dziś podbija Wielką Brytanię. Chce walczyć z dyskryminacją imigrantów, a nam opowiedział historię swojego życia. Oto kolejny Pozytywny

Zawsze na początku rozmowy próbuję ustalić, jak mój rozmówca znalazł się na Wyspach. Czy był to świadomy, przemyślany wybór, realizacja założonego celu czy raczej konieczność? Co takiego wydarzyło się, że postanowił Pan wyjechać z Polski i rozpocząć karierę tutaj, na Wyspach?

 

W Polsce robiłem różne ciekawe rzeczy. Zasadniczo wykonywałem wolne zawody, byłem webmasterem, filmowcem, grafikiem, programistą, fotografem, pracownikiem DTP,  założyłem pierwszy vortal o charakterze wojewódzkim Kujawy i Pomorze. Niestety pomimo sympatii wielu osób do tego co robiłem i posiadania rozbudowanej bazy klientów – około 100 organizacji, instytucji i firm nie radziłem sobie z kosztami, a przecież chcieliśmy też normalnie żyć. Stworzyłem na własne potrzeby program, który służył do zarządzania treścią w internecie, który dostosowałem do prowadzenia Biuletynu Informacji Publicznej. Był to bardzo zaawansowany nowatorski system CMS, który dziś można porównać z Worpressem z tym, że był o niebo łatwiejszy w obsłudze dla laika i nic nie mogło się popsuć. Instytucje prawnie zobowiązane do prowadzenia BIP odmawiały współpracy przez lata ukrywając informację publiczną. Za zamieszczanie informacji niezależnej od znanych osób z regionu zagrożono mi oficjalnie (był artykuł prasowy) sprawą sądową. Później powstał program rządowy do obsługi informatycznej gmin i miast za grube miliony. Zaczęto robić naciski na moich klientów, aby korzystali z oficjalnego systemu. Klientów ubywało, przestawali płacić lub nie płacili na czas. W tym samym czasie firmy informatyczne, z których usług korzystałem, korzystając w sposób nieuprawniony z mojej bazy kontaktowej, wysyłały do moich klientów konkurencyjne oferty. Rozwój blokowały horrendalne ceny za połączenia telefoniczne  najbogatszej firmy w Europie Środkowo – Wschodniej  Telekomunikacji Polskiej (byłem w internecie od początku – wtedy kiedy internet był „dodzwaniany”). Skutecznie obłupiali moją działalność.

Do tego dołożył swoje łapska Balcerowicz, który jak mantrę powtarzał, że gospodarkę trzeba schładzać (a kiedy już przestano – nic się nie stało – nie przegrzała się). Podniesiono także z dnia na dzień oprocentowanie kredytów, których koszt dochodził do 30%. Zawsze dysponowałem najlepszym komputerem, kamerą i osprzętem więc te odsetki mnie zjadały. Pomimo niewątpliwych sukcesów np. III miejsce w Polsce w konkursie na grafikę komputerową (Magazyn Amiga lipiec 1995), nagrody filmowe i całej rzeszy zadowolonych klientów, wciąż borykałem się z płynnością finansową. Dlatego decyzja o moim wyjeździe z Polski była nieunikniona.

Wyjechałem rok po otwarciu granic z EU po to, żeby mi ktoś nie zarzucił, że skoro jestem tak oblatany, znam języki, to czemu nie spróbuję żyć na Zachodzie. Spróbowałem i udało się.

Zadzwoniłem do POSK-u skąd dostałem dwa telefony do polskich „łowców głów”.

Pierwsza z tych firm była zlokalizowana przy samym POSK-u – tam potraktowano mnie jak buraka. Druga firma, trochę dalej, okazała się strzałem w dziesiątkę. Zaoferowano mi pracę w handlu z uwagi na moje wcześniejsze doświadczenia w tej dziedzinie – na stanowisku kierowniczym. Pracę mam do dzisiaj. A sympatyczni Anglicy, których tutaj mnóstwo poznałem, przywrócili mi wiarę w siebie i radość z życia.

 

 

Dzisiaj jest Pan politykiem. Jakie były początki Pana politycznej kariery i skąd pomysł, aby zająć się właśnie tym?

 

Od razu muszę powiedzieć, że to nie był mój pomysł. Nigdy nie podjąłem decyzji, że chcę zostać politykiem i wciąż się waham. To była raczej decyzja, że trzeba pomagać ludziom w walce o ich prawa.

Kiedy zobaczyłem, że jest w Londynie protest po pobiciu Polaka, zorganizowany przez Patriae Fidelis i Polish Bikers stwierdziłem, że warto to nagłaśniać. W pracy spotkałem się z dyskryminacją z uwagi na pochodzenie, dochodziło wielokrotnie do ataków na mnie i moją rodzinę, ze strony niewykształconych ksenofobów i jak nikt inny rozumiałem potrzebę mówienia o tych problemach. Nikt wcześniej poza Patriae Fidelis nie pokusił się aby zacząć działać.

Poznawałem coraz więcej ludzi, którzy zostali w jakiś sposób dyskryminowani, spędzałem godziny na telefonie wysłuchując ludzkich tragicznych historii. Szybko zorientowałem się, że problem dyskryminacji jest większy, niż można się spodziewać. Kiedy rumuński społecznik dr Tommy Tomescu zaproponował mi, abym się do niego przyłączył nie trzeba było mnie długo przekonywać, aby założyć partię wspólnie z obywatelami innych krajów europejskich jak Rumunia, Bułgaria czy Grecja, bo wszyscy doświadczamy podobnych problemów z traktowaniem przez system czy polityków. Poznałem też wielu Polaków zaangażowanych w zmianę wizerunku Polaków na lepszy i zobaczyłem, że jednak coś pozytywnego zaczyna się dziać. Jedną z takich osób jest Pan Jerzy Byczyński, z Partiae Fidelis. Ale tych nazwisk jest znacznie więcej. Jan David Niechwiadowicz z „Anti Polish Monitor” czy JE Ambasador Witold Sobkow to nazwiska które mi od razu się kojarzą bo widać ich aktywność w tym zakresie na co dzień. Pan Łukasz Szlek – kandydat do samorządu w Sothampton też wielekorotnie udowodnił, że sprawy Polaków sa mu bliskie sercu. Nie miałem przyjemności poznać wszystkich i nie wszystkich w tej chwili pamiętam. Coraz częściej pojawiają się młode osoby, które chcą coś wyrazić. I to jest dobre aby ich motywować, bo w przyszłości to oni będą mieć głos.

Początki mojej kariery były trudne. Pamiętam jak zaprosiłem moich międzynarodowych przyjaciół na Dni Polski w Londynie. I od razu zgrzyt. Tommy przybiegł do mnie niezadowolony po tym, jak został potraktowany przez polskiego operatora jednej z telewizji. Był moim gościem, a został potraktowany jak burak. Ja go jednak podziwiam, że nie zraził się do Polaków i zapomina o takich sprawach i mam nadzieję, że wybierze się ze mną na następne polskie uroczystości, gdzie będzie się czuł jak u siebie.

Wstyd mi było też za polską obsługę Days of Poland, która miała twarze jakby przyjechała prosto z Polski – pełne bólu, niechęci, podejrzliwości. Czułem się jak natręt. Atmosfera wokoło bardzo kolidowała z ideą samych uroczystości i z zespołami, które naprawdę stanęły na wyskości zadania. Pomimo wszystko większość osób, z którymi miałem okazję rozmawiać, okazywała zainteresowanie i przychylność. Tylko jedna redakcja, która wystawiała swoje gazety na straganie, która nota bene aktualnie nagłaśnia sprawy dyskryminacji, kompletnie zignorowała mnie. Usłyszałem poradę, że trzeba się asymilować i że „oni” nie mają żadnych problemów z dyskryminacją. Porady udzieliła mi trzydzieści lat młodsza dziewczyna, która na stanowisku redakcji robiła chyba za dekorację.

 

 

Jak Pan, jako Polak w brytyjskiej polityce, ocenia traktowanie rodaków w UK przez inne nacje?

 

Zamiast tego, co ja myślę, powiem co mówią mi Polacy. Często otrzymywałem zgłoszenia, że Polacy w UK są traktowani przez Brytyjczyków gorzej niż inne narodowości.  Zdarzają się często przypadki rasizmu instytucjonalnego i dyskryminacji. Ogólnie rasizm instytucjonalny nie jest w UK tematem tabu, choć poszczególne przypadki są ukrywane, z uwagi iż jest to przestępstwo. Niewypłacanie należnych świadczeń i mówienie, że ktoś ma sobie wracać do Polski jest tego klarownym przykładem. W takiej sytuacji znalazł się np. Pan Janusz Martynowicz, który nie miał zwróconego Working Tax. W takiej sytuacji znalazło się dziesiątki innych osób, które do mnie dotarło i bądź dalej walczą samotnie o swoje prawa i nie chcą upubliczniać swoich problemów, bądź korzystają z kontaktów, które staram się im udostępniać. Nie jest więc ważne, co ja myślę o traktowaniu Polaków w UK, ale co wiem. To się dzieje, to się zdarza. Wielu narzeka, że są obywatelami trzeciej kategorii, nie tylko będąc dyskryminowani przez Anglików ale także przez inne narodowości. W takiej sytuacji znalazłem się też ja, gdzie po ataku kamieniami na mnie i sklep policja nie przybyła nawet mnie zobaczyć, a osoba zajmująca się nadzorowaniem dochodzeń na dzień dobry powiedziała mi, że bezpiecznie to jest na Wschodzie.

 

A jak Pan ocenia samych Polaków? Jesteśmy ludźmi sukcesu czy tylko „wyłudzaczami zasiłków”, jak niejednokrotnie próbuje nam się wmówić?

 

Nie spotkałem statystyk, które wskazywałyby, że różnimy się znacznie od innych narodowości. Więc taki obraz byłby zbytnio przesadzony. Raczej nawet sami Anglicy uważają nas za dobrych i sumiennych pracowników, a jeżeli system pozwala na jakieś nadużycia, to jest zawsze wina systemu, a nie ludzi, którzy z niego korzystają.

Bulwersujące dla mnie były wypowiedzi polityków, którzy nazwali bebeficjentów zasiłków wypłacanych dzieciom za granicą „wyłudzaczami”, bo wszystko to było dopuszczalne przez system. Takie wypowiedzi nie służą niczemu innemu, jak wywoływaniom napięć społecznych tylko po to, aby politycy mogli później powiedzieć – widzicie, my musimy to zmienić, bo ludzie tego chcą, bo tego od nas oczekują wyborcy. Są to zwykłe kłamstwa i manipulacja. Sprawę zasiłków wypłacanych za granicą zreferowałem szczegółowo w Komisji Europejskiej na rozpoczęcie naszej akcji w walce o równe prawa wyborcze i nawet jedna z rumuńskich gazet poświęciła cały środek tylko temu zagadnieniu. Z uwagi, iż zostały one zabrane poprosiłem prawników o wykładnię prawną i przeczuwam, że afera wybuchnie po otrzymaniu odpowiedzi, jako iż już podczas debaty przedwyborczej w Parlamencie otrzymałem potwierdzenie, że Wielka Brytania często łamie prawo.

 

Kiedy startował Pan w wyborach do Parlamentu Europejskiego, wiele źródeł przypominało, że doświadczył Pan prześladowania na tle rasistowskim. Proszę opowiedzieć o tym przykrym doświadczeniu.

 

Kiedy startowałem w wyborach do PE, miałem swoją historię, którą chciałem światu wykrzyczeć – lata prześladowań. Nie pozwalało mi na to zbyt często ściśnięte gardło. Na debacie przedwyborczej zorganizowanej przez Polish Proffesionals musiałem przerwać swoją auto-prezentację, kiedy tylko chciałem wspomnieć o tym. Niestety, życie dopisało kolejny rozdział już wkrótce. W dniu ogłoszenia wyników wyborczych, ktoś uszkodził mój samochód rzucając kamieniem.

Nieznani mi klienci zaczęli coraz częściej pytać, kiedy wracam do Polski.

Po wakacjach młodzi ludzie zaczęli dokuczać mi. Całe grupy cieni przemykały pod domem o zmroku. Zaczęły się kradzieże („na bezczelnego”), wyzwiska, okrzyki, trzaskanie drzwiami, dekoracjami, włamania do korytarza posesji, nisepodziewane wizyty lokalnego gangu. W ciągu dwóch miesięcy wzywałem policję 6-7 razy. Za każdym razem dawałem zdjęcia z kamer oraz swojego telefonu. Problemy jednak nie ustąpiły, a sytuacja eskalowała. Doszło do tego, że zaczęto mnie atakować kamieniami. Uszkodzono szybę pancerną. Już nie tylko celowano w okno mieszkania ale we mnie, poza budynkiem. Ktoś krzyczał „pier…ny Polak”. Jakoś tak w październiku nastąpiły trzy dni ataków kamieniami. Unikałem przebywania na zewnątrz budynku, ale kiedy musiałem wyjść na koniec, oberwałem kamieniem. Wziąłem znów telefon, aby nagrać kto jest w okolicy i próbowałem ustalić, który to był. Reakcja była taka, że próbowano mi wytrącić telefon i pełnoletni już młodzieniec uderzył mnie w rękę przebiegając szybko. Uśmiechnięte typy zaczęły mnie okrążać. Nie czekałem długo i schroniłem się w sklepie obrywając jeszcze kamieniami. Rozległ się hałas kawałków betonu wielkości cegłówki rzucanych na metalowe drzwi i pancerne okno kiedy telefonowałem na policję. Policja nie przyjechała, a kiedy po godzinie zadzwoniłem otrzymałem szorstką odpowiedź, że „policjanci nie są robotami i mają się prawo pomylić”, a policjant nie mógł znaleźć sklepu.

Jak Pan sobie z tym poradził?

 

Poradziła sobie policja. Napisałem raport na mail’a ze zdarzenia i nazajutrz przyszedł policjant, który był profesjonalistą. Zaczął od przeproszenia mnie za zaniedbania policji. Okazał się wspaniałym człowiekiem, który szybko rozpoznał sytuację i z sympatycznym uśmiechem zaczął robić porządek w rejonie. Rejon został objęty specjalnym nadzorem, a policjanci przez dwa miesiące codziennie meldowali się w sklepie, pytając jak się czuję, czy ktoś mnie denerwuje, bo oni mogą takiego kogoś usunąć z terenu. Obecnie, raz po raz, także zaglądają i wymieniamy grzeczności i uśmiechy. Czy ja to zmieniłem? Nie. To ten policjant irlandzkiego pochodzenia. Pukał do wyższych od siebie, którzy wzywają na dywanik i do takich co stoją nad wyższymi, gdzie nikt nie ma wstępu. Taka irlandzka magia.

 

 

Kto miał największy wpływ na Pana życie, na dokonywane przez Pana wybory?

 

Myślę, że obecnie największy wpływ ma moje decyzje ma mój rumuński przyjaciel Tommy Tomescu. To dzięki jego zachętom i sympatycznemu podejściu do ludzi wierzę, że każdy może mieć wpływ na otaczający nas świat, bez względu na stan posiadania. Trzeba tylko zacząć i to robić. Ktoś powiedział „życie zaczyna się tam gdzie kończy się komfort”. I tak jest.

Co poradziłby Pan osobom, które zamierzają rozpocząć swoje nowe życie na Wyspach?

 

Bardzo ważny jest język angielski i otwartość na ludzi. Ja, pomimo złych doświadczeń, mam także wspaniałych angielskich znajomych, którzy potrafią cieszyć się z prostych spraw. I najważniejszy jest uśmiech. Jeśli ktoś idzie na rozmowę o pracę, musi mieć garnitur i uśmiechać się. Nikt nie zatrudnia smutasów. Trzeba kontaktować się w sprawie wysyłanych podań. Nie zostawiać ich swojemu losowi! Sam wielokrotnie zatrudniałem chętniej pracowników, którzy przychodzili się dopytać. Często w firmach sytuacja zmienia się tak szybko, że managerowie nie mają czasu wrócić do podania sprzed dwóch tygodni i zatrudniają dodatkowe osoby, w przypadku gdy ktoś wybrany zrezygnował. Wtedy albo trzeba całe procedury naboru uruchamiać, co kosztuje czasu, albo bierze się kandydata który nadal kontaktuje się (sytuacja u kandydatów także mogła się zmienić w międzyczasie więc pracodawca nie wie, czy ktoś kto złożył podanie jest jeszcze zainteresowany). Wystarczy zadzwonić aby się dowiedzieć jakie są plany zatrudnienia w najbliższym czasie i zasugerować ponowienie telefonu za jakiś czas. O składaniu podań z Polski można zapomnieć – nikt nie będzie się trudził. A tutaj najważniejsza jest inicjatywa i uśmiech. I lepiej jest podziękować trzy razy za dużo, niż raz za mało. Tak to działa. Jak ktoś zmienia pracodawcę nie opowiada się, że nie lubiło się managera albo się na nas uwziął (ktoś pomyśli, że miał powód). Liczy się sympatyczny wygląd, kontaktowość i nie można dać się złapać, że na jakieś pytanie posmutniejemy albo zaczniemy „dukać”. Lepiej z usmiechem zapytać jak pracodawca rozumie to pytanie (Sorry, what do you mean?).

Jakie są Pana najbliższe plany?

Startuję do Parlamentu Brytyjskiego jako kandydat z Europeans Party z okręgu wyborczego Ealing Central & Acton w Londynie. Głosować będą mogli uprawnieni do głosowania w wyborach generalnych, mieszkający w tym okręgu (constituancy). Wybory już 7-mego maja.

 

Jakie jest Pana polityczne kredo?

 

Jestem dialektykiem. Nie nadaję się raczej z takimi poglądami do żadnej dużej partii.

Jeszcze w szkole średniej interesowałem się filozofią zajmując drugie miejsce w województwie w Turnieju Wiedzy Filozoficznej w Bydgoszczy, w którym brali udział także studenci filozofii. Pamiętam dobrze prawo syntezy i antytezy Hegla – prawo ścierania się przeciwieństw. Coś, co wyrażamy, staje się tezą a postawa przeciwna jest antytezą. W ramach ścierania się przeciwieństw z twierdzenia i przeciwnej tezy powstaje synteza. Ta wypośrodkowana wartość staje się nowym twierdzeniem, nową tezą – do której powstaje nowa anty-teza. Itd.

Odnosząc to do świata polityki mamy lewicę i prawicę, które muszą się ze sobą ścierać (dla uproszczenia odrzucam tutaj skrajności). Dwa przeciwne bieguny – jeśli będą podlegały prawu ścierania się przeciwieństw – będziemy mieli coś nowego, konstruktywnego co będzie służyło do jakiegoś czasu ludziom, dopóki ludzie nie zaczną wypaczać tej „syntezy” co pozwoli na budowanie antytezy.

Reasumując nie byłbym w stanie reprezentować lewicy czy prawicy, więdząc, że jedna czy druga strona sama w sobie skazana jest na niepowodzenie w zależności od oddalania się od centrum (syntezy).  To oddalanie się od „wyważonego, światopoglądu” jest popadaniem w skrajności, które same w sobie wywołują niechęć społeczeństwa. Każdy wie, że ani nie ma przyszłości w totalitarnym komuniźmie, ani w burżuazyjnym kapitaliźmie. Te dwa bieguny są tak odległe od stojącego pośrodku człowieka, że nigdy nie będą się ścierały. Zamiast tego dojdzie do zderzenia, w którym ofiarą będzie stojący na środku zwykły człowiek i takie momenty obserwowaliśmy w historii.

Te zmiany, które obserwujemy w UK w ciągu ostatnich kilku lat, było właśnie oddalaniem się lewicy i prawicy od człowieka w przeciwnych kierunkach. Było do przewidzenia, że konserwatyści dojdą do władzy po trzech okresach żądów lewicowych. Konserwatyści poszukali takich słabych momentów i tak je wykorzystali, że przejęli rządy tworząc swoją antytezę. Nie ma znaczenia kto znów wygra, ale jak bardzo blisko człowieka będzie stać.

Dlatego ja wolę walczyć z argumentami, niż z pustą teorią lewicowości czy prawicowości. Lewo i prawo musi być i musi dyskutować. Już w latach 90 wójt gminy Inowrocław Tadeusz Kwiatoń zwykł mawiać „dziś lewica jest bardziej prawicowa niż prawica a prawica bardziej lewicowa niż lewica”. Świadczyło to dobitnie o tym, że oba systemy w Polsce były sztucznym podziałem i nie ważne jest jak te formacje się nazywają, ale co robią dla ludzi i jak przeciętnego człowieka traktują.

Czyli tak: filmowiec, programista, grafik.. Co może Pan jeszcze o sobie powiedzieć? Czym jeszcze Pan nas zaskoczy?

 

Poeta. Pisać zacząłem pod wpływem naszej polonistki w szkole podstawowej, pani Kwiecińskiej w Strzelnie. Zapisała mnie do kółka recytatorskiego i pod wpływem recytowanych wierszy zainteresowała mnie ta forma wypowiedzi. Recytowałem na akademiach kilkunastozwrotkowe wiersze z pamięci i bawiło mnie to, że cała szkoła stoi wokoło i musi mnie słuchać. W sposób naturalny napisałem swoje pierwsze wiersze, z których jedynym zachowanym z dzieciństwa jest bajka stylizowana na Krasickim – „Zajączki”. Oczywiście nikt nie wierzył, że to moja bajka. Później sporadycznie pisałem wierszem białym, także w szkole średniej, ale też nikt nie wierzył, że to moje.

Przypadkowo mój artykuł o Powstańcach Wielkopolskich znalazł się w „Dzienniku Wieczornym”, kiedy miałem kilkanaście lat. Na maturze prof. Basińska miała ze mną twardy orzech, bo w temacie wolnym napisałem o poezji japońskiej. Nie była w stanie tej pracy ocenić i musiała ją oddać jakiemuś profesorowi z UMK. To on dał mi najwyższa ocenę za pracę. Pani Basińska jeszcze cztery lata po mojej maturze z rozbawieniem wspominała uczniom „tylko nie wykręćcie mi na maturze takiego numeru jak Rygielski, jak jestem polonistką a nie specjalistą od poezji japońskiej.”

Chyba w 1985 roku esperancka gazeta „Studenta Gazeto” w Bydgoszczy wydrukowała mój wiersz, dając upust mojej próżności (oczywiście w języku esperanto, którego zacząłem się uczyć w szkole podstawowej, a na maturze zdawałem jako przedmiot nadobowiązkowy). Pomimo zapisania się w Inowrocławiu do Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury nigdy nie doczekałem się wydania zbiorku. Sporadycznie wiersze były drukowane w jakichś gazetach, ale szybko przestałem wysyłać, bo to nic nie dawało, a do dzisiaj polskie periodyki obrażając twórców zachęcają do przysyłania wierszy jako darmową zapchajdziurę. Nie jest to zbyt budujące. Poezja w Polsce została zepchnięta do rangi wstydliwych zachowań zbzikowanych ludzi. Ale czemu sie dziwić, skoro na spotkania do Inowrocławskich poetów przychodził pracownik UB – drukowany poeta, a powszechnie był głoszony pogląd, że znanym poetą można zostać dopiero po śmierci. W ubiegłym roku pokusiłem się aby zgłosić jeden z moich tekstów napisanych już w Anglii do konkursu „Bajka i Legenda Świata w życie nam się wplata” pod patronatem Ministerstwa Kultury. Była to baśń słowiańska „Znajdek”. Napłynęło ok 1300 prac z wielu krajów. Obserwowałem napływanie lajków w kategorii popularności i otrzymałem wiele miłych komentarzy. Ale to jury nagrodziło moją baśń trzecim miejscem.

 

A filmowiec?

 

Także samouk. Kupiłem kamerę Hitachi do filmowania wesel. No i tak zacząłem tworzyć filmy. Pojawiły się zlecenia od firm na filmy reklamowe, studenci zamawiali „prace filmowe”, wygrywałem konkursy na filmy promocyjne. Kupowałem nowszy sprzęt. Pojawiła się współpraca z RTL 7 a potem z Polsatem jako freelancer. Nawet otrzymałem zapytanie ofertowe z jakiegoś ministerstwa. Nie trudno się domyśleć, że pomimo profesjonalnego studia zlecenia nie otrzymałem. Kiedy dopytywałem się o szczegóły wyboru oferty zostałem potraktowany grubiańsko jako natręt. Warsztat doskonaliłem w ramach Stowarzyszenia Wideofilmowców Polskich będąc w grupie pierwszej setki polskich wideofilmowców. Mam także unikalną licencję Producenta Filmowego z Komitetu Kinematografii Polskiej, która pewnie kiedyś trafi do muzeum.

Dlaczego do muzeum?

 

W jednym z bydgoskich muzeów jest mój mundur Podharcmistrza z okresu kiedy zajmowałem się młodzieżą w stanie wojennym. Więc tak sobie powiedziałem w tym sensie, że ten papier ma tylko wartość historyczną.

A fotograf?

 

Robiłem zdjęcia na zamówienia firm, do stron internetowych, na pocztówki, do matriałów promocyjnych. Miałem zaszczyt robić serię zdjęć do „Wielkiej Historii Polski” wydawnictwa Fogra dla wspaniałego wydania Uniwersytetu Jagiellońskiego.

 

Ale nie uczył się Pan fotografii?

 

Nie. Ktoś to musiał robić a ja miałem „dobre oko”

 

A tutaj w Anglii próbował Pan swoich sił?

 

Tak. Zapisałem się do lokalnego klubu wygrywając konkursy i mając publikacje w gazecie. Miałem nawet wystawę swoich fotografii. Ale straciłem zainteresowanie, kiedy „The Sun” opublikował plagiat mojego zdjęcia. Brałem udział w projektach artystycznych ze znanymi artystami. Lokalni animatorzy kultury postanowili wykorzystać moje zdjęcia w celach promocji. Mam od nich unikalną serię pocztówek z moimi zdjęciami. Dzięki nim poczułem się jak „swój”. Obcowanie ze sztuką naprawdę łączy ludzi. To wspaniałe hobby.

Tyle zajęć, bagaż doświadczeń i nie było dla takich ludzi jak Pan w Polsce?

Nie żałuję, że wyjechałem. Tutaj robiąc cokolwiek można normalnie żyć. Wystarczy trochę aspiracji i język. W Polsce? Ja czekałem na pozytywne zmiany przez 15 lat działalności. Puste obietnice.

Ulubiony sport?

Sztuki walki. W młodości ćwiczyłem Karate Kyokushinkai, Jiu-Jitsu, Tai-Chi Chuan, nunchaku, sai, tonfa. Wyrosłem na legendzie Masutatsu-Oyamy i Bruce’a Lee. W późniejszym okresie propagowałem idee sportowe.

.. i język Esperanto?

Tak. Byłem lektorem języka Esperanto. Działałem w ramach Akcji Parlamentarnej d/s Języka Esperanto. Była to szczytna idea lansowana przez Jana Olszewskiego. Potem jak on odszedł z rządu nikt się już tym nie zajmował. Chyba się obawiano, że zbyt duże kontakty ze światem spowodują, że Polacy zaczną myśleć społecznie.

Podróże?

 

Pierwszy wyjazd za granicę, jak miałem 15 lat – do NRD na kongres języka esperanto. Później zdobyłem uprawnienia pilota wycieczek zagranicznych i szwędałem się po Europie. Zwiedziłem całą Europę wielokrotnie. W klubie pilotów poznałem nieżyjącego już Remigiusza Mielcarka, profesora botaniki tropikalnej, który jedną ze swoich książek „Szlaki dla Obieżyświatów” rozpoczął moim wierszem pt. „Włóczęga”. Mielcarek zwiedził ponad 160 krajów. Niesamowity „rozbitek” – człowiek, który jak Robinson Cruzoe potrafił przeżyć wszędzie bez pieniędzy. Opisywał jak za kilkadzieścia dolarów przeżyć miesiąc zwiedzając np. Afrykę itp. Dobra lektura dla fotografa aspirującego do National Geographic lub jakiegoś badacza kultur.

 

Czuję, że wykonywał Pan wiele zawodów…

 

Tak. Byłem gońcem w Ambasadzie Bangladesh w Warszawie, jako szlifierz szkła gospodarczego, pracowałem w drukarni na DTP, byłem ogrodnikiem…

 

Ogrodnikiem?

 

Tak. Z wykształcenia jestem Technikiem Ogrodnikiem o specjalności warzywnictwo. Zdawałem na psychologię i zdałem za pierwszym podejściem. Zabrakło punktów. A potem nie próbowałem bo brakowało pieniędzy.

 

Czyli ma Pan wykształcenie techniczne?

 

Półwyższe. To była szkoła policealna w Szubinie.

 

Cała gama zainteresowań i zawodów… A jak trafił Pan do handlu?

 

Woziłem towary z Rosji i Niemiec, sprzedając z makatki. Potem był stolik, stragan a na końcu kiosk z prasą. Te doświadczenia pomogły mi znaleźć pracę tutaj i od razu zaproponowano mi stanowisko managera. Po trzech latach pojawiła się możliwość awansu na dyrektora regionu, ale nie poszedłem na szkolenie bojąc się, że to odbije się na moim życiu prywatnym.

 

Polityka też napewno odbija się na Pana życiu prywatnym.

 

Tak. Ale taka jest potrzeba. Zawsze odczuwałem, że trzeba pomagać innym. Dla siebie tego bym nie robił.

 

Co chciałby Pan przekazać młodym Polakom tutaj?

 

Przede wszystkim muszą wiedzieć, że każde jednostkowe działanie, każda najmniejsza aktywność prospołeczna jest tutaj pozytywnie widziana. Trzeba się angażować i się nie bać. Nie potrzeba doświadczenia, aby kandydować do councillu. Wszystko radny dowiaduje się po wygraniu wyborów. Jest to naprawdę świetnie zorganizowane. Poza tym rośnie prestiż społeczny dla osoby, nasi rodacy będą pozytywniej postrzegani. Trzeba dotrzeć z tą informacją do wszelkich osób, które nie boją się rozmawiać. Mamy tutaj polskich inżynierów, którzy pracują jako kierowcy, mamy naukowców na różnych posadach. Trzeba się tylko do nich uśmiechać i oni pójdą i to zrobią. Dostaną 9000 tys funtów na rok za maks 16 godzin pracy tygodniowo w radzie. Czy to nie jest dobra oferta? Mogliby pomagać Polakom w swoich środowiskach. Myślę, że na następne wybory lokalne będzie mnóstwo kandydatów, którzy już w UK okrzepli i będą nawet pomiędzy sobą rywalizować.

 

A co powiedzieć wyborcom?

 

Przede wszystkim są różne formy aktywności pro-społecznej. Dziś coraz bardziej popularna jest forma demokracji bezpośredniej. Wystarczy się włączać w petycje zbiorowe. Ale trzeba też się interesować polityką, aby inni nie podejmowali decyzji za nas. Wszystko o polityce powinno być czytane, analizowane, dyskutowane.

Dużym rozczarowaniem był dla mnie słaby oddźwięk na naszą petycję odnośnie umożliwienia Polakom głosowania w wyborach generalnych. Redaktorzy z Londynek.net dochowali wszelkiej staranności w przygotowaniu materiału odnośnie zmiany prawa, zamieścili nawet link do naszej rządowej petycji a temat – po prostu nie zainteresował Polaków! To dla kogo ja się zastanawiam chcemy walczyć? Dla ludzi, którzy miesięcznie dają trzydzieści do 50 lajków kotom na F-Booku, a nie interesuje ich własny los i pozycja w tym kraju? Chyba zostali zakodowani w Polsce że „na układy nie ma rady” i „nic się nie zmieni”. Pewnie, że nic się nie zmieni, jak nie wykażemy aktywności. Ale trzeba próbować i być na bieżąco po to, aby to, co już mamy nie znikało nam sprzed nosa. Wszyscy powinni udostępniać takie artykuły, a prywatnie powinni też rozpytywać znajomych o ich postawę i „pilnować”, jakie działania podjęli. Takie naciski pomogą pokonać wrodzone lenistwo. Nie chcę być Don Kichotem, który walczy o swój świat. Potrzebuję prawdziwych ludzi, Polaków, którzy wiedzą, że dzień bez refleksji pro-społecznej to dzień, w którym świat oddala się od nas. Niech każdy zrobi sobie rachunek sumienia, ile godzin poświęcił w roku na zgłębianie tematów politycznych, społecznych, ile na bzdury. Wtedy wyjdzie mu czego spodziewać się od przyszłości i od świata. Czasy, kiedy można było żyć niezauważonym już nawet w Polsce się skończyły. Świat galopuje w zawrotnym pędzie i trzeba trzymać rękę na pulsie, inaczej można wypaść z tych torów, do których jedzie świat. A upadek będzie bolesny. Za niechciejstwo, brak zaangażowania w sprawy, przyjdzie już wkrótce zapłacić. Wiele zmian na niekorzyść imigrantów zostało podjętych już w kuluarach. Przehandlowano naszą przyszłość i przyszłość Polski. Odbieranie przywilejów rozpoczęło się systemowo już w roku ubiegłym. Przeplatane było to perfidną nieludzką nagonką. My tracimy prywatne pieniądze, które moglibyśmy spożytkować dla siebie, a w zamian mamy brak zainteresowania petycją. Redaktorzy oferują nam pomoc, ale po co pisać, skoro nie ma zainteresowania? Mają poświęcić czas na artykuł, który nie będzie miał „wejść”? Co jeszcze musi zajść, aby ludzie stali się społecznie odpowiedzialni? Ta szansa, którą my stworzyliśmy przez partię protestu, może się nie powtórzyć. Wszyscy wkoło narzekają na małą aktywność polskich wyborców. Wstyd i hańba. Naród, który zasłynął w walce o prawa, zszedł na fejsbookowe koty.

 

 

Spełnienia jakiego marzenia możemy Panu życzyć?

Moim marzeniem jest, żeby system państwowy w UK przestał dyskryminować podatników ze względu na ich pochodzenie. Jest to nie tylko niemoralne ale i prowadzi do napięć społecznych, których jesteśmy świadkami. Wszyscy, którzy napędzali tę rasistowską gorączkę powinni zostać odsunięci od władzy. Nie pomogą umizgi do Polonii. Nie jesteśmy frajerami. Można wybaczyć, ale zapomnieć nie można nigdy.

4 KOMENTARZE

  1. Witam. Również pozdrawiam wszsytkich. Pozytywnych osób jest na wyspach dużo, żyją one w ukryciu dobrze wykonując swoją pracę…. Niektórzy jednak się budzą zaniepokojeni zmianą nastawienia do Polaków i emigracji. Wiadomo przecież, że ekonomicznie nie jest uzasadnione ograniczenie emigracji lub jej dyskryminacja, a jednak ma to miejsce. Dzieje sie tak dlatego, że największa populacja imigrantów jaką jest Polonia nie jest zorganizowana. Nie mamy swojego przedstawicielstwa. Nie ma komu dyskutować z Farage’m na Twitterze. Ci dobrzy ludzie, którzy są ukryci, na swoich polach działają i tak z pewnością duzo dobra społeczno-gospodarczego, nie wyłonią się jednak, jeśli nie połaczy-obudzi się najpierw polska inteligencja, która skoordynuje działania społeczne w ramach polskich community (regionalnie) by stworzyć potencjalną bazę dla partii imigracyjnej.
    Andrzej i jego przyjaciele zaczęli od góry, czyli od utworzenia partii. My (Sheffield & Northern UK) chcielibyśmy najpierw utworzyć Dom Imigranta, w którym współpracowałyby media regionalne, organizacje biznesowe i charity realizując partnerskie strategie współpracy. Mamy nadzieję, że w trakcie wyłonią się osoby, które poprzemy do kandydatur politycznych i uda nam się utworzyć Immigration Party lub oddział wspomnianej European Party. Nie dostaliśmy jednak jak dotać odpowiedzi od p. Andrzeja Rygielskiego i p. Tommy Tomescu na ww. propozycje. Być może zajęci są wyborami, albo nie są jeszcze przygotowani na bycie narodową partią UK imigrantów. Liczę, że podejmiemy współpracę jak najszybciej…

  2. Dyskryminacja jest ważną sprawą. Tego się nie kwestionuje jednak głos zabierać trzeba publicznie po angielsku i przedstawić ekonomiczny program rozwoju partii. To zadanie nie jest łatwe, bo wiąże się z tym co najtrudniejsze: przygotowanie biznesplanu na bazie składek członkowskich. A Wy już wiecie jak Polacy płacą składki… Nie?

  3. Panie Andrzeju pozdrawiam-robi Pan kupe dobrej roboty a potrzeby sa przeogromne.Najgorzej bulwersuje mnie fakt,ze Ambasada i organizacje polonijne nie robia nic w kierunku zmiany na lepsze.Doswiadczylem na sobie jaka tutaj w UK jest olbrzymia skala niesprawiedliwosci.Jest wiele tutaj organizacji ale jak czlowiek potrzebuje pomocy to jej nie otrzymuje dlatego mamy tutaj wiele samobojstw.
    Moim marzeniem jest zalozenie Immigration Party aby przeciwstawiac sie niesprawiedliwosci jaka tutaj panuje.
    Jezeli ktos chce poznac historie mojego zycia prosze wrzucic w wuszukiwarke google moje dane a najgorszemu wrogowi nie zycze przechodzic przez to co mnie spotkalo
    Pozdrawiam
    Marian Lukasik +447985284791 technik888@gazeta.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here